wtorek, 19 lipca 2016
niedziela, 17 lipca 2016
Po Prostu Tini: Rozdział 1. (cz. 7.).
Szkoła i ja
O ile w przedszkolu bawiłam się naprawdę świetnie, o tyle
nie mogę powiedzieć tego samego o podstawówce i gimnazjum. Szkoła nie
podobała mi się zbytnio. Uczyłam się dużo, ale mimo wysiłków nie szło mi
za dobrze. Najtrudniejsze były dla mnie zajęcia z rozumieniem tekstu i ma-
tematyka. Byłam najmłodsza w mojej grupie i było to widać. Wydawa-
ło się, że brakuje mi dojrzałości. Ale dawałam sobie radę. Na koniec roku
i tak przechodziłam do następnej klasy - za włożony
w naukę wysiłek. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że szkoła i na-
uka nie przychodzą mi łatwo.
Mam koleżanki, które są bardzo inteligentne i marzą o tym, aby stu-
diować, ja jednak nie miałam wielkiego zamiłowania do matematyki ani do
książek.Według rodziców moje zdolności miały się objawić na innym polu.
I rzeczywiście tak się stało: wcześniej było dla mnie czymś niemożliwym
nauczenie się tekstu na pamięć na lekcje, a teraz dostaję cały sce-
nariusz, czytam jeden raz i od razu zapamiętuję
wszystko. Tak samo się dzieje, gdy słyszę jakąś melodię w radiu i po-
tem od razu umiem ją powtórzyć. Tak właśnie jest z rzeczami, które
kocham!
W szkole byłam zbuntowana. Wydawało mi się (jak wszystkim
dzieciom), że czasem nauczyciele chcieli mieć nad nami władzę, a kiedy
coś mi nie odpowiadało, musiałam powiedzieć to, co myślałam. Czasem
mnie karano, byłam wysyłana do dyrektora, zwykle dlatego, że niekiedy nie
mogłam się powstrzymać i wybuchałam śmiechem z byle powodu. Byłam
jednak dobrze wychowana, zawsze mówiłam z szacunkiem. Koniec koń-
ców miałam jednak charakterek. Mama mówiła, że nasza klasa zawsze ,,źle
się zachowywała''. Wszyscy. Prawda jest taka, że potrafiliśmy namieszać.
Najgorsza rzecz, jaką zrobiliśmy, to było położenie plasteliny na krześle
jednej z nauczycielek. Wyobraźcie sobie, jak na nim usiadła i biedna pewnie
zorientowała się, co się stało, dopiero gdy wróciła do domu i zdjęła spodnie.
Ale wiecie co, dziewczyny: tego nie wolno robić. Była to tylko psota,
ale jednak zła.
W szkole obowiązywały surowe zasady, trzeba było chodzić z upiętymi
włosami, w podkolanówkach i w mundurku po kolana. Tymczasem ja na
przykład lubiłam mieć rozpuszczone włosy.
nie mogę powiedzieć tego samego o podstawówce i gimnazjum. Szkoła nie
podobała mi się zbytnio. Uczyłam się dużo, ale mimo wysiłków nie szło mi
za dobrze. Najtrudniejsze były dla mnie zajęcia z rozumieniem tekstu i ma-
tematyka. Byłam najmłodsza w mojej grupie i było to widać. Wydawa-
ło się, że brakuje mi dojrzałości. Ale dawałam sobie radę. Na koniec roku
i tak przechodziłam do następnej klasy - za włożony
w naukę wysiłek. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że szkoła i na-
uka nie przychodzą mi łatwo.
Mam koleżanki, które są bardzo inteligentne i marzą o tym, aby stu-
diować, ja jednak nie miałam wielkiego zamiłowania do matematyki ani do
książek.Według rodziców moje zdolności miały się objawić na innym polu.
I rzeczywiście tak się stało: wcześniej było dla mnie czymś niemożliwym
nauczenie się tekstu na pamięć na lekcje, a teraz dostaję cały sce-
nariusz, czytam jeden raz i od razu zapamiętuję
wszystko. Tak samo się dzieje, gdy słyszę jakąś melodię w radiu i po-
tem od razu umiem ją powtórzyć. Tak właśnie jest z rzeczami, które
kocham!
W szkole byłam zbuntowana. Wydawało mi się (jak wszystkim
dzieciom), że czasem nauczyciele chcieli mieć nad nami władzę, a kiedy
coś mi nie odpowiadało, musiałam powiedzieć to, co myślałam. Czasem
mnie karano, byłam wysyłana do dyrektora, zwykle dlatego, że niekiedy nie
mogłam się powstrzymać i wybuchałam śmiechem z byle powodu. Byłam
jednak dobrze wychowana, zawsze mówiłam z szacunkiem. Koniec koń-
ców miałam jednak charakterek. Mama mówiła, że nasza klasa zawsze ,,źle
się zachowywała''. Wszyscy. Prawda jest taka, że potrafiliśmy namieszać.
Najgorsza rzecz, jaką zrobiliśmy, to było położenie plasteliny na krześle
jednej z nauczycielek. Wyobraźcie sobie, jak na nim usiadła i biedna pewnie
zorientowała się, co się stało, dopiero gdy wróciła do domu i zdjęła spodnie.
Ale wiecie co, dziewczyny: tego nie wolno robić. Była to tylko psota,
ale jednak zła.
W szkole obowiązywały surowe zasady, trzeba było chodzić z upiętymi
włosami, w podkolanówkach i w mundurku po kolana. Tymczasem ja na
przykład lubiłam mieć rozpuszczone włosy.
sobota, 16 lipca 2016
Po Prostu Tini: Rozdział 1. (cz. 6.).
Nie mam pojęcia, ile już dałam autografów, odkąd gram rolę Violetty. Setki,
nawet tysiące. Jednak wcale nie zapomniałam, że jako dziewczynka spę-
dzałam godziny na ćwiczeniu swojego podpisu i pisałam: ,,Z miło-
ścią, Tini''. I dziś, kiedy podpisuję się tak dziewczynom, ciągle pamiętam, jak
kiedyś dla zabawy ćwiczyłam autografy, jakie miałam dawać, na wypadek
gdybym została sławna.
Po Prostu Tini: Rozdział 1. (cz. 5.).

Zaczęłam chodzić do żłobka Kids Sports, kiedy
miałam dwa latka. Mieszkaliśmy wtedy w mieszkaniu w Buenos Aires.
Z tych pierwszych kroków w szkolnym świecie niczego nie pamiętam, ale
mam z tego okresu kilka zdjęć. Wydaje się, że najważniejszą rzeczą, jaką
tam robiłam, była zabawa w przebieranki.
Moje pierwsze wspomnienia przedszkolne zaczynają się, gdy miałam
cztery lata i poszłam do przedszkola San Marcos. Było to, kiedy przepro-
wadziliśmy się do San Isidro. Wtedy też poznałam moje obecne najlepsze
przyjaciółki.
Było rewelacyjnie! Spędziłyśmy tam niesamowite chwile. Gra-
łyśmy i przebierałyśmy się cały czas.
Bawiłam się doskonale! Bez dwóch zdań był to czas, gdy byłam dość
nieśmiała w stosunku do chłopców. W przedszkolu nie miałam
chłopaka i tak naprawdę musiałam na niego czekać
jeszcze długi czas. Były tam koleżanki, które już miały ,,narzeczo-
nych''. W dodatku zawsze była jakaś inna dziewczynka, która wszystkim
się podobała, ale mnie nikt jeszcze wtedy nie chciał wybrać na dziewczynę.
Ha, ha!
Po Prostu Tini: Rozdział 1. (cz. 4.).
do stołu
Tini
i Mariana,
jej mama
Martina jako dziecko była niesamowicie spokojna: spała
godzinami, nie płakała zbyt wiele i pozwalała zostawiać się w łó-
żeczku bez marudzenia. Musiałam ją budzić na karmienie, ponie-
waż przespałaby calutką noc. Kiedy zaczęła samodzielnie jeść, też
obyło się bez problemów: zawsze zjadała wszystko.
Teraz jest podobnie: Tini lubi dania dobrze przyprawione, najlepiej
gdy jest to kuchnia domowa. Chociaż ma też swoje upodobania
i manie. Nie cierpi, kiedy talerz jest wypełniony po same brzegi,
je bardzo powoli i zawsze kończy ostatnia. Ma słabość do kotletów
schabowych z frytkami, a najlepszym deserem jest dla niej moje
tiramisu.
Poza tym przepada za słodyczami. Ciągle żuje gumę, a w jej torbie
zawsze można znaleźć czekoladę.
Po Prostu Tini: Rozdział 1. (cz. 3.).
Zwierzę się Wam z mojej tajemnicy:
mama zawsze mówi, że jako niemowlę byłam aniołkiem. Byłam niesa-
mowicie spokojna i bardzo dużo spałam.
I wciąż taka jestem, prawdziwy ze mnie suseł! Powiesz
do mnie ,,Śpij!'' i od razu gotowe: zasypiam. Nigdy nie miałam lalki ani
niczego podobnego, żeby zasnąć. Jedyne, czego mi było potrzeba przed
snem, to wypić zawartość butelki przez smoczek.
Opowieść o tej butelce to zabawna historia z mojego życia.
Do siódmego roku życia, gdy szłam spać do domu koleżanki, musia-
łam mieć przy sobie butelkę ze smoczkiem, bo bez niej nie mogłam za-
snąć. Rzecz jasna trochę się tego wstydziłam, ale nie było na to sposobu.
Chodziłam już wtedy z plecakiem, a w środku nosiłam moją
butelkę Zabierałam ją wszędzie, nawet na zajęcia z gimnastyki sporto-
wej. Bardzo dobrze ją pamiętam: niebieska, z rysunkami i ze smoczkiem.
Wydaje mi się, że zawsze miałam tę samą. Dla mnie była najlepsza.
Tata i mój brat Francisco doprowadzali mnie do szaleństwa. Poka-
zywali mi kubek i mówili: ,,Mmm, jakie pyszne jest mleko z kubka!'', ale
nie udało im się mnie przekonać. Byłam przywiązana do mojej butelki
ze smoczkiem i nie mogłam jej zostawić. Aż do dnia, gdy z pomocą taty
w tajemniczych okolicznościach zniknęła.
Wtedy porzuciłam butelkę i zaczęłam spać, ssąć kciuk. I tak aż
do 12. roku życia. Z deszczu pod rynnę. Dziewczyny, nie naśladujcie mnie!
Mamie powiedziano, że w ten sposób zniszczę sobie zęby i zdefor-
muję podniebienie. Więc żeby mnie do tego zniechęcić, zaczęła smarować
mi paznokcie jakąś obrzydliwą maścią. W końcu jej się udało: przestałam
ssać kciuk. I nigdy już nie spałam ze smoczkiem, co to, to nie.
Wiele osób krytykowało moją mamę za to, że pozwalała mi w wieku
siedmiu lat pić z butelki ze smoczkiem albo spać z kciukiem w ustach. Ona
jednak bardzo mądrze odpowiadała zawsze: ,,Widział ktoś piętnastolatkę,
która pije przez smoczek albo ssie kciuk? Prędzej czy później przestanie''.
Prawdziwy ze mnie suseł! Powiesz do mnie ,,Śpij!'' i od razu gotowe: zasypiam.
środa, 13 lipca 2016
Po Prostu Tini: Rozdział 1. (cz. 2.).
Taka jestem (według znaczenia
mojego imienia)
,,Jej naturalna emocjonalność przejawia się w działaniach ar-
tystycznych i w usposobieniu. Kocha kolory, umiar i jest
radosna. Lubi być w towarzystwie innych i do wszystkiego się przy-
stosowuje. Jest twórcza, stanowcza, wytrwała w dążeniu do zamie-
rzonych celów. Te cechy mogą być cenne, gdy planuje coś wykonać.
Ekstrawertyczka. Aktywna. Dobrze się czuje w otoczeniu ludzi.
Ma duże zdolności organizacyjne i jest odpowiedzialna. To cechy,
które sprawiają, że nadaje się do piastowania ważnych funkcji. Sza-
nuje innych i tego samego wymaga dla siebie. Jest sprawiedliwa
i oczekuje uczciwości od innych. Nie znosi kłamstwa i usuwa ze
swojego życia osoby, które ją oszukały.
Kocha powagę, piękno, to, co pomaga wzrastać i rozwijać się. Po-
siada naturalny talent. Uczy otoczenie i czyni je pięknym. Nie ze
względu na własne korzyści, ale dla dobra innych''.
mojego imienia)
,,Jej naturalna emocjonalność przejawia się w działaniach ar-
tystycznych i w usposobieniu. Kocha kolory, umiar i jest
radosna. Lubi być w towarzystwie innych i do wszystkiego się przy-
stosowuje. Jest twórcza, stanowcza, wytrwała w dążeniu do zamie-
rzonych celów. Te cechy mogą być cenne, gdy planuje coś wykonać.
Ekstrawertyczka. Aktywna. Dobrze się czuje w otoczeniu ludzi.
Ma duże zdolności organizacyjne i jest odpowiedzialna. To cechy,
które sprawiają, że nadaje się do piastowania ważnych funkcji. Sza-
nuje innych i tego samego wymaga dla siebie. Jest sprawiedliwa
i oczekuje uczciwości od innych. Nie znosi kłamstwa i usuwa ze
swojego życia osoby, które ją oszukały.
Kocha powagę, piękno, to, co pomaga wzrastać i rozwijać się. Po-
siada naturalny talent. Uczy otoczenie i czyni je pięknym. Nie ze
względu na własne korzyści, ale dla dobra innych''.
wtorek, 12 lipca 2016
Po Prostu Tini: Rozdział 1. (cz.1.).
Po prostu Tini
Jak większość z nas, wiem o swoim urodzeniu to, co
opowiedzieli mi tata z mamą: przyszłam na świat pierwszego dnia ar-
gentyńskiej jesieni, czyli 21 marca 1997 roku o godzinie 19.30, w klinice
położniczej Suizo Argentina. Ważyłam 2 kilogramy i 700 gramów.
Podobno byłam taka mała, że moja mama, Mariana, uznała, że imię
Martina nie jest właściwie dla tak malutkiej istoty, dlatego postanowiła
je skrócić i mówiła do mnie ,,Tini''. Zdrobnienie się przyjęło i do tej pory
wszyscy mnie tak nazywają.
Ale nie zawsze byłam Tini albo Martiną. Kiedy jeszcze
byłam w jej brzuchu, mama chciała dać mi na imię Sofia, do czasu gdy
lekarz wykonujący badanie USG powiedział jej, że bardzo wiele dzieci do-
staje to imię. Dlatego mama zmieniła zdanie i chciała mnie nazwać Oli-
vią. Takie miałam dostać imię i widnieje ono nawet na zdjęciu z badania,
które mama zachowała na pamiątkę. Jednak mojemu tacie, Alejandrowi,
spodobało się imię Martina i takie też na koniec rodzice zdecydowali się
nadać.
Podoba mi się moje imię - Martina. Przede wszystkim od czasu, gdy ro-
dzice powiedzieli mi, co ono oznacza. Przeczytajcie, otóż i ono!
niedziela, 10 lipca 2016
Po Prostu Tini: Wstęp.
Od dłuższego czasu miałam zamiar
napisać tę książkę i podzielić się z Wami tym, co czuję
i myślę.
Opowiem w niej, co działo się u mnie w ostatnich latach, odkąd ma-
rzyłam, by zostać słynną piosenkarką, chodziłam do szkoły, zajmowałam
się codziennymi obowiązkami, spotykałam się z przyjaciółmi, aż do czasu,
gdy wszystko się zaczęło, czyli kiedy Violetta pojawiła się w moim życiu.
Od tej chwili ruszyła moja kariera jako aktorki i piosenkarki. Ży-
cie zmieniło się w mgnieniu oka: podróże, artykuły, występy na całym
świecie, studia telewizyjne i popularność. Bez cienia wątpliwości mogę
powiedzieć, że jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki otrzymałam
możliwość, by realizować marzenie o wejściu na scenę i odgrywaniu mojej
najlepszej roli.
Całym sercem kocham Violettę, bo jest ona pomostem, który łączymnie z tym, co zawsze pragnęłam robić:
tańczyć, śpiewać i grać; jednak kiedy zmyję z twarzy
makijaż, jestem zwyczajną dziewczyną. która przeżyła coś nadzwyczajne-
go, a jednocześnie cieszy się i smuci takimi samymi małymi rzeczami jak
jej rówieśnice. Jestem dziewczyną. która przeżywa swoje życie w normal-
ny sposób, czasem się złości, czasem się dobrze bawi; ale jestem też aktor-
ką, która musi uczyć się na pamięć długich tekstów i przez wiele godzin
ćwiczyć taniec i śpiew, aby móc wreszcie wyjść na scenę i dać z siebie to
co najlepsze.
To jest moja książka, w której znajdziecie wszystko
o mnie. Taki był mój plan - chciałam w ten sposób otworzyć
swoje serce i pokazać, kim jestem:
Po prostu
Tini
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
